Czy istnieje powołanie na singla?

Dariusz Piórkowski SJ

Sporo osób w Kościele nie czuje powołania do bycia małżonkiem, księdzem czy osobą konsekrowaną.

Czy wobec tego powinny za wszelką cenę dążyć do tego, by je w końcu odkryć?

Pismo święte i Tradycja Kościoła nie znają pojęcia singla. Ten termin ukuto stosunkowo niedawno. Jest powszechnie używany, chociaż czasem niesłusznie próbuje się nim objąć różne grupy osób. Według mnie, jeśli bycie singlem utożsamić z niezależnym życiem bez trwałych zobowiązań i wyboru, by poświęcić się czemuś, co wymaga od człowieka ofiary na rzecz innych, to taki stan ma niewiele wspólnego z chrześcijańskim powołaniem. W myśl tej definicji, ksiądz, biskup, wdowa czy konsekrowana dziewica nie są singlami, aczkolwiek żyją w stanie bezżennym.

Rzesza samotnych 

Chociaż słowo „singiel” nie pojawia się w aktualnym nauczaniu Kościoła, to jednak Katechizm z 1994 roku wspomina o „dużej liczbie osób” w Kościele, które żyją samotnie. Co ciekawe, nie należą one do żadnych zakonów i instytutów świeckich, do stanu duchownego, nie złożyły prywatnych ślubów, lecz żyją samotnie „ze względu na konkretne warunki, w jakich muszą żyć – chociaż często wcale tego nie chciały” (Por. KKK, 1658). Nie chodzi więc o osoby, które dokonały takiego wyboru, ponieważ szukają egoistycznej samorealizacji, lecz w pewnym sensie przymusiło ich do tego życie, na jakiś czas lub na zawsze.

Pewnej trudności nastręcza zwrot „żyć samotnie”, ponieważ kojarzy się nierzadko pejoratywnie. Samotność bywa mylona z osamotnieniem, izolacją i opuszczeniem przez innych. A przecież wiele form samotności jest w życiu nieodzowna. Tutaj „samotnie” oznacza raczej bycie poza związkiem małżeńskim lub określoną wspólnotą zakonną, ale nie „na odludziu”, z wykluczeniem wszelkich relacji. „Żyjący samotnie” nie uprawiają egzystencji w pojedynkę, lecz pozostają pełnoprawnymi członkami powszechnej wspólnoty Kościoła albo mniejszych grup w jego obrębie.

Kto należy do „owej dużej grupy? Najpierw niemała liczba młodych mężczyzn i kobiet, którzy z różnych powodów nie mogą znaleźć współmałżonka; potem wdowy i wdowcy, którzy nie weszli w powtórny związek małżeński; małżonkowie porzuceni, wierni sakramentalnemu małżeństwu albo żyjący w separacji; osoby, które na skutek wypadku, trwałego inwalidztwa, choroby fizycznej lub psychicznej nie mogą podjąć żadnej z uznanych oficjalnie form powołania chrześcijańskiego: małżeństwa, kapłaństwa, życia konsekrowanego. Są wśród nich także ci, którzy przez dłuższy czas opiekują się, na przykład chorymi rodzicami i nie mogą podjąć innych zobowiązań. Część tych osób po okresie walki i ciemności dobrowolnie wybiera życie w bezżenności, poświęcając się jakiejś formie służby Bogu i bliźniemu w Kościele. Niektórzy nie akceptują tego stanu. Katechizm nazywa wszystkich tych ludzi „szczególnie bliskimi Sercu Jezusa” i przez to zasługującymi „na specjalną miłość i troskę Kościoła, a zwłaszcza duszpasterzy” (Por. KKK, 1658). Kościół rozpoznaje w takich sytuacjach jakiś rodzaj cierpienia, bardzo rzadko zawinionego, a zarazem niełatwą drogę powołania chrześcijańskiego, jeśli jest ona zaakceptowana.

Kultura ciągłych zmian

Należy jednak odróżnić tę grupę od innej, dzisiaj pęczniejącej i modnej, która skupia w sobie osoby decydujące się świadomie lub pod wpływem społeczno-kulturowych trendów czy egoizmu na życie bez wchodzenia w trwałe relacje i bez celu, który wykracza poza własny pożytek i pragnienie komfortu.

Papież Franciszek w adhortacji „Amoris laetitia” nie pisze wprost o rosnącej lawinowo rzeszy singli, ale zwraca uwagę, że coraz więcej osób „decyduje się na życie w samotności”, nie zawsze z powodów ewangelicznych. Skłaniają ich do tego różne czynniki kulturowe: „tempo współczesnego życia, stres, organizacja życia społecznego i pracy, które zagrażają możliwości [podejmowania] trwałych decyzji” (AL, 33). Papież wspomina też o presji „kultury tymczasowości”, która utrzymuje ludzi w przekonaniu, że „miłość, tak jak w sieciach społecznościowych, można podłączyć lub odłączyć na żądanie konsumenta i równie szybko zablokować”.

Innym dwuznacznym fenomenem jest tendencja kulturowa, która „zwraca uwagę na autentyczność, a nie na odtwarzanie nakazanych zachowań”. Człowiek chce się odróżniać, obawia się, że wchodząc w ustalone odwiecznie formy życia utraci indywidualność. Samo w sobie nie jest to złe. Franciszek nazywa tę postawę „wartością, która może promować różne zdolności i spontaniczność”. Jednak jeśli będzie „źle ukierunkowana może tworzyć postawę stałej nieufności, ucieczki od zobowiązań, zamknięcia się w wygodzie i arogancji”. Do tego dochodzą różne przejawy narcyzmu, który „czyni ludzi niezdolnymi do spojrzenia poza siebie” (AL, 39). W końcu, kontynuuje Franciszek, często ludziom po prostu brakuje „szlachetnych celów i dyscypliny osobistej, co przeradza się w niemożność wielkodusznego oddania siebie”.

Powyższą listę uzupełniłbym jeszcze o brak pozytywnych wzorców małżeńskich, silne doświadczenie zawodu miłosnego, nadużycie zaufania czy perfekcjonistyczne oczekiwania ze strony innych, mglisty cel w życiu, co z kolei rodzi przeświadczenie, że istnieje nieograniczona liczba dróg, którymi można kroczyć przez życie.

Wszystkie te motywy stoją w jakimś stopniu za wyborem życia singla. Niektórzy są z tego zadowoleni. Inni, chociaż deklarują na zewnątrz, że są szczęśliwi, „obawiają się samotności, pragną przestrzeni ochrony i wierności, ale jednocześnie zwiększa się strach przed uwięzieniem przez relację, która mogłaby odroczyć realizację aspiracji osobistych” (AL, 34). Ze względu na zachodzące przemiany społeczne i kulturowe single to osoby, które trwałe zaangażowanie w więź z drugą osobą albo poświęcenie się służbie dla innych (oprócz pracy zarobkowej) postrzegają jako zbyt mocne skrępowanie własnej wolności. Taka postawa jest nie do zaakceptowania przez osoby wierzące, ponieważ nie wychodzi naprzeciw wymaganiom Ewangelii.

Odkryć swoją specyfikę

Rzecz jasna, można w Kościele żyć samotnie nie składając żadnych ślubów zakonnych czy prywatnych, i nie wchodząc w związek małżeński, nie tylko wtedy, gdy jest się do tego przymuszonym przez okoliczności życiowe. Jest przecież wiele osób, które nie czują, chociaż próbowały to rozeznać, powołania do bycia małżonkiem, księdzem czy osobą konsekrowaną. Czy takie osoby powinny za wszelką cenę dążyć do tego, by w końcu odkryć lub, nie daj Boże, przymusić się do wyboru jednej z powyższych opcji? A co jeśli ktoś chce wejść w sakramentalny związek małżeński, ale pomimo starań nie może znaleźć odpowiedniej osoby, niekoniecznie dlatego, że ma zbyt wygórowane oczekiwania?

Po pierwsze, prędzej czy później taka osoba musi przejść przez pewien duchowy proces, zakończony świadomym wyborem, który zakłada przezwyciężenie zahamowań wynikających z laickiego podejścia do życia (jeśli w tym problem) albo z przeszkód wewnętrznych, które uniemożliwiają rozstrzygający wybór. Nie można stać na rozstaju dróg w nieskończoność. Po drugie, chrześcijańskie powołanie wymaga przekroczenia siebie i poświęcenia na rzecz Kościoła i świata, które wykracza poza pracę zawodową, własną korzyść, uprawianie sportu lub hobby.

Doprecyzujmy jednak jedną rzecz. Święty Jan Paweł II napisał w „Familiaris consortio”, że to „miłość jest podstawowym i wrodzonym powołaniem każdej istoty ludzkiej”. Zwróćmy uwagę, że nie chodzi tutaj o osoby ochrzczone, lecz o każdego człowieka. Jak realizuje się to naturalne powołanie? Papież precyzuje, że „Objawienie chrześcijańskie zna dwa właściwe sposoby urzeczywistnienia powołania osoby ludzkiej (…) do miłości: małżeństwo i dziewictwo. Zarówno jedno, jak i drugie, w formie im właściwej, są konkretnym wypełnieniem najgłębszej prawdy o człowieku, o jego istnieniu „na obraz Boży” (FC, 11). Niemniej nie są to jedyne formy realizacji miłości w Kościele. Miłość polega na otwarciu i oddaniu się drugiemu: Bogu i człowiekowi.

Jeszcze przed Soborem Watykańskim II, w 1954 roku, Pius XII w encyklice poświęconej ślubowanej czystości pisze, że przede wszystkim odnosi się ona do życia konsekrowanego, ale dodaje, że „ta cnota kwitnie wśród zupełnie świeckich osób. Spotykamy bowiem mężczyzn i niewiasty, które nie należąc do stanu doskonałości, na mocy postanowienia lub prywatnego ślubu całkowicie się powstrzymują od małżeństwa i rozkoszy cielesnych, aby swobodniej móc służyć bliźnim, łatwiej i ściślej zjednoczyć się z Bogiem”. Papież ma na myśli osoby, które nie weszły w stan zakonny, ale wybrały czystość i bezżenność, by poświęcić się na rzecz Królestwa Bożego.

Nowy Testament wyraźnie mówi o uniwersalnym powołaniu każdego ochrzczonego do życia z Bogiem i do miłości. Miłość jednak może się wyrażać na różne sposoby. I nie polega na kopiowaniu życia Chrystusa, lecz na tym, żeby każdy chrześcijanin w indywidualny, właściwy swojej sytuacji (wymuszonej czasem okolicznościami życia), znalazł w ramach wspólnoty Kościoła specyficzną dla siebie formę bycia uczniem. Ta indywidualna droga jest naszym „drugim powołaniem”, czyli konkretną realizacją ogólnego powołania chrześcijańskiego, które nazywam również „powołaniem w powołaniu”. Bardzo trudno jednak odkryć, co konkretnie należy robić, aby naśladować Chrystusa, jeśli wierzący nie jest przekonany, że bez względu na to, co robi i jak potoczy się jego życie, został wybrany i pokochany przez Boga zanim cokolwiek wybierze.

Mimo więc że przez wieki Tradycja Kościoła przyjmowała trzy podstawowe formy powołania chrześcijańskiego: małżeństwo, święcenia i życie konsekrowane, to jednak Pius XII i aktualne nauczanie Kościoła zdaje się ten wachlarz poszerzać. Ważne jest to, że każda forma powołania wymaga jakiegoś daru z siebie oraz przyjęcia misji „na zewnątrz”, dla dobra innych. Każdy chrześcijanin musi więc się samookreślić, bez względu na to, jaki charakter przybierze jego specyficzne powołanie. Zapobiegnie to wewnętrznemu niepokojowi, szukaniu bez końca, trwonieniu czasu i energii.

Każdy święty odwzorował w swoim życiu tylko cząstkę życia Chrystusa. Podobnie osoby żyjące samotnie mogą odnaleźć w jakimś aspekcie Jego życia swoją drogę realizacji „powołania w powołaniu”. Nie zawsze musi to być coś wyjątkowego i wielkiego. Osoba chora może modlić się za Kościół i świat. Ktoś inny może oddać się pracy charytatywnej czy społecznej.

Przejść przez pustynię

W teorii wydaje się to proste. Ale w praktyce rozeznanie „powołania w powołaniu” jest czymś trudnym. Dzieje się tak dlatego, ponieważ sporą grupę w obrębie osób żyjących samotnie tworzą ci, którzy nie godzą się na swoją sytuację. Powoduje to ich narastające cierpienie i smutek. Są rozdarci wewnętrznie, niepewni, czy wybrać małżeństwo, a może coś innego, zagubieni w labiryncie bez wyjścia, doświadczający ciągłych porażek. Jeżdżą od jednych rekolekcji do drugich, łaknąc rozpaczliwie rozwiązania ich jedynego problemu. Dodatkowo przeszkodą w rozpoznaniu „powołania w powołaniu” może być to, że człowiek oczekuje jakiegoś szczególnego głosu, wezwania, które byłoby na tyle wyraźne, że usuwałoby wszelką niepewność i konieczność zaufania. Innym razem odzywa się presja, że przecież „coś” trzeba wybrać, bo perspektywa życia w pojedynkę nie wydaje się atrakcyjna, lecz odstraszająca.

Aby znaleźć wyjście z tego zapętlenia, potrzeba światła wiary, które najpierw pomoże uświadomić sobie, że za niechcianym życiem w samotności mogą stać różne czynniki. Niektóre można zmienić, inne nie. Trudno to zobaczyć, jeśli człowiek nie zdystansuje się od siebie, co zawsze wymaga chwil ciszy i odosobnienia. Nierzadko taki okres w życiu bywa bolesny, ale jest konieczny jako narzędzie powolnego duchowego oczyszczenia.

Pewną wskazówkę możemy zaczerpnąć z życia św. Ignacego Loyoli. W „Opowieści pielgrzyma” czytamy, że po wstępnej fazie nawrócenia, gdy święty mieszkał w jaskini w Manresie, zaczęły go dręczyć skrupuły i natręctwa. Był to kolejny etap jego duchowego oczyszczenia. Z początku Ignacy chciał z tego stanu wyzwolić się sam. Podjął w tym celu niemalże morderczy wysiłek. Modlił się po siedem godzin dziennie. Pościł dużo. Był rozdarty między własną bezsilnością a „przymuszaniem” Boga do reakcji. Gdy już wszystko zdawało się zawodzić, zaczął błagać Boga: „Pomóż mi, Panie, bo nie znajduję żadnego lekarstwa u ludzi, ani u żadnego innego stworzenia. Gdybym sądził, że będę mógł je znaleźć, żaden trud nie byłby dla mnie za wielki. Ukaż mi, Panie, gdzie mógłbym znaleźć lekarstwo!” (OP, 23).  Po czym znowu przestał jeść przez tydzień. Na szczęście rozmawiał ze spowiednikiem, który dowiedziawszy się o tych praktykach, nakazał Ignacemu przerwać głodówkę. Tenże posłuchał. I od razu mu się poprawiło, chociaż jeszcze musiał poczekać na całkowite ustąpienie tego duchowego cierpienia. Ostatecznie został od tych udręk uwolniony nagle, bo, jak sam pisze: „Pan zechciał go w swoim miłosierdziu od nich wyzwolić”.

Nie zalecam bynajmniej, by wszyscy samotni, którzy chcą odnaleźć „powołanie w powołaniu”, poszli dokładnie w ślady Ignacego. Ważny jest tutaj duch, który ukrywa się za działaniem świętego. Trzeba wykonać to, co do nas należy, choć czasem sami robimy za dużo, za mało lub nie to, co trzeba. Bez pomocy kierownika duchowego albo innej bliskiej osoby, z którą można podzielić się swoimi rozterkami, bardzo trudno osiągnąć tutaj równowagę. Ponadto, Ignacy musiał zmierzyć się z tym, co w nim siedziało, z własną ciemnością, lękami, bezsilnością, perfekcjonizmem, który po części krył się za jego skrupułami. Sądzę, że nie tylko osoby samotne i single, chociaż zapewne oni szczególnie zrozumieją doświadczenia św. Ignacego, muszą przejść przez fazę konfrontacji z tym, jak bezwiednie przyjmujemy różne wzorce kulturowe, nie zawsze sprzyjające rozwojowi wiary. Trzeba się zmierzyć z własnymi ranami, z rozczarowaniami, w końcu z niemożliwością przemiany samego siebie. Przejście od poczucia osamotnienia i wewnętrznego zagubienia do zaakceptowanej samotności i odkrycia indywidualnej drogi w powołaniu chrześcijańskim wymaga czasu i cierpliwości. Ale jest to możliwe.