Dlaczego seks tylko w małżeństwie?

Dariusz Piórkowski SJ

Zakaz współżycia przedmałżeńskiego nie zabrania żadnego dobra, lecz je chroni.

Jako ludzie potrzebujemy więcej światła poznania niż ciepła przyjemnych uczuć.

Coraz więcej par narzeczeńskich mieszka i współżyje ze sobą tak jakby byli już małżeństwem. Jedni nie widzą w tym nic zdrożnego, inni godzą się na moralny kompromis (bo taniej, bo się już kochamy, niedługo planujemy ślub, bo wszyscy tak robią), rezygnując tym samym z przyjmowania Eucharystii. Są i tacy, którzy pobudzeni jakimś religijnym impulsem przychodzą do spowiedzi i wyznają, że współżyją przed ślubem, ale nie widzą w tym nic złego. Na pytanie, dlaczego więc się z tego spowiadają, zwykle odpowiadają: „Bo tak sprawę widzi Kościół, ale my się z tym nie zgadzamy”. Wyznają grzech, ale nie czują winy i dystansują się od Kościoła, który sami tworzą. Nie zawsze wynika to z zaciekłości, antyklerykalizmu i złej woli. Po prostu nie rozumieją, czego się od nich oczekuje.

Brak identyfikacji tych młodych ludzi ze wspólnotą uczniów Chrystusa, spowodowany po części ich zaniedbaniami, jest także duszpasterską porażką Kościoła, który w ich oczach jawi się głównie jako usługodawca i stróż moralności złożony z wyświęconych urzędników, a świeccy to usługobiorcy. Tym samym w ich świadomości nie różni się zbyt wiele od innych instytucji: supermarketu, urzędu skarbowego i kina.

Sytuację pogarsza również presja kultury, która w dużej mierze nie jest już kształtowana przez chrześcijaństwo. Rosnące przyzwolenie społeczne i cicha akceptacja ze strony rodziców, podyktowana często lękiem przed utratą kontaktu z synem lub córką, obnaża jedynie, że wcześniej, gdy mieszkanie razem nie było tak powszechne, bardziej działały motywacje społeczne niż religijne.

Katechezy szkolne i niedzielne kazania koncentrują się na tym, że współżyć przed ślubem nie wolno, bo seks zarezerwowany jest tylko dla małżeństwa. Taki drogowskaz wystarczyłby dla tych, którzy wierzą i czują się rzeczywistymi członkami Kościoła. Ale coraz więcej osób ta argumentacja nie przekonuje. Smutne, że dobro trzeba uzasadniać, bo samo się nie obroni. Nadto, w przekonaniu wielu oziębłych religijnie narzeczonych ślub sakramentalny wydaje się pewną rytualną formalnością, która, ich zdaniem, zasadniczo niczego nie wnosi do ich miłości. Liczy się tylko to, co sie samemu przeżyje, wypracuje i osiągnie.

Dobro to coś więcej niż uczucie

Jednak zakaz współżycia przedmałżeńskiego nie zabrania żadnego dobra, lecz je chroni. Ale o jakie dobro tutaj chodzi? Kiedy w raju Bóg nie pozwolił Adamowi i Ewie jeść owoców z drzewa poznania dobra i zła, (choć najpierw wskazał na istnienie wielu innych drzew, z których można jeść do woli), to Jego pragnieniem nie było pozbawienie człowieka jakiegoś niesamowitego szczęścia. Przeciwnie, jeśli poznanie w Biblii oznacza doświadczenie całym sobą, niemalże na własnej skórze, to Bóg chciał oszczędzić człowiekowi poznania zła w sposób namacalny. Wszystko rozbiło się jednak o zaufanie. Bo cóż złego w zjedzeniu owocu? Przecież nie był trujący. Oczy też widziały w nim coś pięknego. Czy Bóg aby nie przesadza? A cóż szkodliwego we współżyciu seksualnym, które daje przyjemność i napełnia radością, zwłaszcza gdy ludzie sie już kochają i zamierzają pobrać?

Z pewnością problem nie tkwi we współżyciu seksualnym, które samo w sobie jest dobre. I to nie nasze uczucia, nawet najbardziej romantyczne, decydują o tym, czy coś jest dobre czy złe. W historii co rusz pojawiały się prądy myślowe o zabarwieniu manicheistycznym, które cielesność potępiały w czambuł, widząc w niej wroga tego, co duchowe. Z tego powodu niektóre skrajne grupy religijne nakazywały powstrzymanie się od seksu i małżeństwa. Dzisiaj gdyby zapytać, co to jest nieczystość, wielu wierzących skojarzyłoby ją z pożądaniem, z „tymi sprawami” i fantazjami seksualnymi, chociaż Jezus mówi, że każde zło, które wychodzi z serca ludzkiego, czyni człowieka nieczystym (Por Mk 7, 23).  Benedykt XVI w encyklice „Deus caritas est” pisze, że „dzisiaj nierzadko zarzuca się chrześcijaństwu, że w przeszłości było przeciwnikiem cielesności” i przyznaje: „Faktycznie, tendencje w tym sensie zawsze istniały” (5). Franciszek, powołując się na katechezy św. Jana Pawła II, dodaje, że „żadną miarą nie możemy rozumieć erotycznego wymiaru miłości jako dozwolonego zła lub jako ciężaru, który trzeba tolerować dla dobra rodziny, ale jako dar Boga, który upiększa spotkanie małżonków” (AL, 152) Miłość erotyczna jest „językiem międzyosobowym”  – dodaje papież, a więc komunikacją, mową ciała i ducha.

Dzisiaj wahadło przechyla się bardziej w drugą stronę, chociaż korzeń problemu pozostaje ten sam. Kultura masowa ubóstwia seks i tak go pokazuje jakby był on ostateczną realizacją ludzkich tęsknot, choć często oderwaną od relacji, miłości i ducha. Także w Kościele niektórzy próbują ukazywać orgazm jako przedsmak nieba, element boskości w człowieku. A przecież seks to tylko jedno ze stworzeń, jeden z wymiarów miłości, wspaniały, przyjemny, ale nie najważniejszy. Rodzice poświęcają się nieraz całkowicie dla dzieci i nie wyrażają tej relacji seksualnie.

Zło nie czai się tylko w tym, co bezpośrednio nam szkodzi. Złe stają się także rzeczy dobre, które wybieramy w niewłaściwym czasie, miejscu i sytuacji życiowej. Trzeba też dodać, że uzasadnieniem dla rozpoczęcia współżycia w dniu ślubu nie jest również doskonały stopień miłości, który narzeczeni wówczas zdobywają. Ich miłość w chwili wypowiedzenia przysięgi osiąga konieczną, wstępną dojrzałość, ale nie ostateczną. Nie muszą kochać bezinteresownie, aby współżyć ze sobą. Taka miłość to punkt docelowy. A jednak to przyjęcie sakramentu małżeństwa jest granicą, która uprawnia do współżycia, chociaż oddanie narzeczonych nie jest jeszcze pełne. W sumie o gotowości do przyjęcia sakramentu decydują ostatecznie sami narzeczeni, chociaż w świetle wiary stoi za tym działanie Ducha Świętego. Poza spełnieniem pewnego minimum wymagań nikt nie utrudnia im dostępu do tego sakramentu. Skoro narzeczeni sami dokonują wyboru, kiedy przyjąć sakrament, to czyż i oni nie mogą sami zdecydować się na współżycie, zanim wezmą ślub?

Ciało wyraża ducha 

Właśnie w tym sęk, że to sakrament przyjmowany publicznie i we wspólnocie Kościoła wprowadza nową jakość i przygotowuje właściwy grunt dla rozwoju małżeństwa i przyjęcia nowego człowieka – owocu miłości małżonków i samego Boga. Sobór Trydencki stwierdza, że „sakrament małżeństwa udziela małżonkom łaski miłowania się wzajemną miłością, jaką Chrystus umiłował Kościół. Łaska sakramentu udoskonala zatem ludzką miłość małżonków”. A więc, po pierwsze, w sakramentalnym małżeństwie nie chodzi tylko o własną miłość, którą się odczuwa, lecz o miłość samego Chrystusa – przychodzącą z zewnątrz, podarowaną. Po drugie, sakrament rozpoczyna się w konkretnym momencie i miejscu, a nie dowolnie. Otwiera przepływ szczególnej Bożej pomocy, bez której ludzka miłość, chociaż jest fundamentem, nie wystarczy do zbudowania trwałego małżeństwa. Wszystkie sakramenty wymagają nie tylko wiary, czyli zaufania, ale także uznania własnej niewystarczalności i tego, że nie jesteśmy supermenami. Wszystkie sakramenty są w pewnym sensie inicjacją, wprowadzeniem przez kogoś w nowy etap życia. Ciekawe, że w niektórych sferach życia, zwłaszcza tam, gdzie nie odczuwamy braków, chcielibyśmy zachować kontrolę i być całkowicie samodzielni, niezależni od nikogo.

Św. Jan Paweł II pisze w „Familiaris consortio”, że „dar ciała we współżyciu fizycznym jest realnym symbolem głębokiego oddania się całej osoby: oddanie takie nie może w obecnym stanie człowieka urzeczywistnić się w całej swej prawdzie bez współdziałania miłości z „caritas”, daną przez Jezusa Chrystusa” (FC, 80). Cała osoba oddaje się drugiej wtedy, gdy jest w stanie zadeklarować to publicznie, przed innymi.

Najpierw musi być pełne oddanie duchowe, żeby oddanie ciałem nie było kłamstwem. Symbol przecież odnosi do jakiejś ukrytej rzeczywistości. Kiedyś uderzyło mnie, że Chrystus wydaje swoje Ciało za nas nie na początku swojej działalności, lecz u kresu swego życia, w chwili otwartego zakomunikowania uczniom, że jest gotów ponieść za nich śmierć. Ciało jest komunikacją, a nie tylko biologicznymi procesami. Czy osoby, które współżyją przed ślubem, rzeczywiście deklarują połączeniem ich ciał, że cali się oddają sobie na dobre i na złe?

Wszyscy mamy swoje pęknięcia, rany, słabości i ograniczenia. Kto rozpoczyna współżycie seksualne, polegając tylko na swoim uczuciu miłości w sercu, może się pomylić i poranić. Wtedy łatwo się wycofać, poddać własnej niemocy i lękowi. Dlatego potrzebna jest publiczna deklaracja i wsparcie innych. Katechizm precyzuje, że „zjednoczenie cielesne jest moralnie godziwe jedynie wtedy, gdy wytworzyła się definitywna wspólnota życia między mężczyzną i kobietą” (KKK, 2391). Nie chodzi o „doskonałą” wspólnotę, ale o taką, która opiera się na publicznym przyrzeczeniu.

Nie wszystko jest prywatne

Małżeństwo nie jest sprawą prywatną, nie tylko w Kościele, ale i w społeczeństwie. Podobnie zresztą jak wiara. Św. Paweł pisze, że wśród chrześcijan „ciało jest dla Pana, a Pan dla ciała” (1 Kor 6, 13). Nasze ciała nie należą do nas. Takie stwierdzenie jest w absolutnej kontrze do tego, czym żyje świat. Jak to, ja nie dysponuję swoim ciałem?  To wykoślawiony indywidualizm prywatyzuje wszystko, porażając człowieka specyficzną amnezją. Przecież nikt z nas nie rodzi się sam, nie wychowuje się sam, nie uczy się języka w pojedynkę, nie żyje na bezludnej wyspie, lecz dojrzewa we wspólnocie,  zależy od wielu relacji i interakcji.

Prywatyzacja wiary przekłada się także na przeżywanie innych sakramentów. Eucharystia jest wtedy tylko przyjęciem Pana przez poszczególnego wiernego. A przecież inni uczestnicy mszy świętej też jednoczą się z Panem. Nikt z nas nie ma Chrystusa tylko dla siebie. Spowiedź również wydaje się niektórym (pewnie z powodu dyskrecji i tajemnicy) osobistym pojednaniem człowieka z Bogiem, ale już nie ze wspólnotą Kościoła. Pewni wierni uważają, że wystarcza wyznanie grzechów w sercu przed Bogiem. Ale tam żadnego Boga nie ma, bo obiecał przebaczenie we wspólnocie Kościoła.

Co więcej, w małżeństwie „na próbę” , które skłania do podjęcia współżycia seksualnego, człowiek podświadomie zakłada, że ma kontrolę nad przyszłością. Chciałby zlikwidować niepewność związaną z ryzykiem zaufania, uniknąć wszelkich błędów. Jednak żadne małżeństwo czy rodzina błędów nie uniknie. Nie sposób ich wszystkich przewidzieć. Poza tym, jak można żyć obietnicą, skoro się jej w ogóle nie złożyło? A jeśli się ją złożyło w skrytości, to też łatwo można się z niej wycofać, udając, że przecież to były tylko słowa i nikt nic nie słyszał…

Z drugiej strony współżycie przedmałżeńskie nie tyle otwiera oczy na pełne poznanie drugiego, lecz je ogranicza. Doświadczenie intensywnej przyjemności zbyt wcześnie rodzi wrażenie, że pomiędzy kobietą i mężczyzną istnieje już silna miłość – wszystkie słabości ulegają wtedy „zawieszeniu”. No i dlatego nie trzeba tej miłości publicznie obiecywać, skoro ona już jest… Miłość fizyczna okazywana przed małżeństwem może utwierdzić w przekonaniu, że poza nią nie warto już szukać niczego innego, skoro jest tak pochłaniająca. Jak napisał V. Genovesi, współżycie przedmałżeńskie „daje dużo ciepła, a mało światła”. Silne uczucia rodzą w narzeczonych przekonanie, że są już jednym ciałem, chociaż Jezus mówi, że mają sie nim stać – „będą jednym ciałem”. Prawdziwa jedność wymaga też wysiłku, uczenia się i długotrwałego „docierania się”. Nie rozwijam już tego wątku, że współżycie przedmałżeńskie zwykle pociąga za sobą antykoncepcję. Dziecko na tym etapie życia nie jest najbardziej pożądaną niespodzianką, lecz często intruzem. Dopóki miłość zamknięta jest na dziecko, wbrew deklaracjom, nie jest prawdziwą miłością, nie jest twórcza, lecz chce się upajać tylko tym, co jest.

Ksiądz przyrzeka, że dochowa tajemnicy spowiedzi. Lekarz składa przysięgę Hipokratesa, że będzie ratował zdrowie pacjentów. Posłowie i prezydent przysięgają, że będą służyć ojczyźnie. Ale najpierw muszą być wybrani, ustanowieni w urzędzie lub funkcji. Nie ogłaszają się nimi sami i nie zaczynają swej pracy, dopóki nie przekroczą progu inicjacji. Dlaczego przysięgają publicznie, a nie prywatnie, w sercu? Ponieważ podejmują odpowiedzialność, które będzie narażona na pokusy, zmęczenie, błędy. Ale też dlatego, że w ich pracy nie chodzi tylko o relacje do rzeczy, lecz do ludzi. Często takie publiczne zobowiązanie może pomóc w chwilach wątpliwości, gdy jest trudno i pojawiają się kryzysy. Podobnie publiczny ślub małżonków nie jest po to, żeby zorganizować tylko imprezę – wesele czy jedynie zalegalizować współżycie. To akt odwagi, który otwiera możliwość pełnego zaangażowania, także przez cielesne zjednoczenie, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność.